22 listopada 2012

Rozdział I (cz. pierwsza): Do szopy hipogryfy, do szopy wszyscy wraz!


Notka odautorska:

Co pewnie nikogo nie dziwi, rozdział pierwszy jest wprowadzeniem i nakreśleniem głównego bohatera i jego rodziny (na co w rozkręconej fabule nie znajdzie się miejsca). Postanowiłam poświęcić nieco czasu postaciom, które bardzo lubię i w przyszłości „zaniedbam”. Oczywiście to wciąż nie część bez znaczenia, ba!, wprowadzenia mają swoje uzasadnienie i skrywają istotne informacje. Liczę, że wszystko będzie jasne.

Samego terminu publikacji tego rozdziału nawet nie ma co poruszać, bo to żenujące.
PS. Zakładka o blogu została rozszerzona o krótkie wprowadzenie.

_____________________________________________

Ciężki, mokry śnieg ułożył się wygodnie na podrdzewiałym parapecie po drugiej stronie okna, tworząc niewielką hałdę, i odbijał jaskrawe, poranne, słoneczne światło. Ray Griffith przycisnął czoło do szyby. Westchnął przeciągle, by zaznaczyć w przejmującej ciszy bożonarodzeniowego przedpołudnia swoje cierpienie. Nieszczęśliwie nie miał żadnej widowni. Nikt nie przejął się jego podupadłym nastrojem, więc wypuścił w eter kolejne westchnienie, by poskarżyć się i na tę niedogodność.
Na biurku obok w równym stosiku spoczywały trzy zamknięte listy, a na pierwszym z nich koślawe imię Ray zajmowało połowę zmiętej koperty. Wiedział, że niegrzecznie byłoby je zmiąć i podpalić. Jednak świadomość, że pomiędzy linijkami bożonarodzeniowych życzeń prawdopodobnie znajdują się bardziej i mniej graficzne przypomnienia jego ostatniej wpadki, czyściła jego umysł z uprzejmości jak zaklęcie zapomnienia. Mógłby się założyć o miotłę — dumnie opierającą się o ścianę tuż obok niego — że James, w zgodzie ze swoją irytującą naturą, napisał, dlaczego używanie przemocy uważa za godne pożałowania oraz „wesołych świąt” w tej samej linijce. I chociaż Ray czuł pewność, że w liście słowem nie wspomniał o żenującym zakończeniu tamtego wydarzenia, był w stanie w okamgnieniu przywołać w umyśle obraz pełnej dezaprobaty miny Pottera. Ray wolał już — bogatsze w złośliwe opisy, ubogie w moralizatorstwo — pokpiwania pozostałej dwójki przyjaciół. Po takich zaczepkach był zwyczajnie zły, zaczynał planować drobną zemstę i nie dokuczało mu sumienie. Zgrzytnął zębami i odmówił rozmyślania o wszystkim, co niebezpiecznie łączyło się z niechlujnym Liphookiem, ruchomymi schodami i nieudanymi czarami nadymającymi.
Niebo było niemal czyste, a wiotka brzoza w pobliżu rayowego okna z rzadka machała bezlistnymi gałązkami. Pogoda idealnie nadawała się na zrobienie paru leniwych kółek na miotle wkoło domu. Ray odsunął się od szyby, rozmasował czoło i odrzucił na plecy długie kosmyki, które opadały mu na twarz. Przeciągnął się powoli, aż jego stawy głucho trzasnęły. Powłócząc nogami i leniwie drapiąc się po tyłku, podszedł do wciąż nierozpakowanego kufra. Wieko odskoczyło z łatwością w chwili, gdy zwolnił zamek. Na samym wierzchu smętnie leżał zwinięty, ocieplany strój do quidditcha. Ray ostrożnie podniósł go dwoma palcami i podejrzliwie obejrzał ze wszystkich stron. Wyglądał na zdatny do użytku, chociaż po ostatnim treningu, który odbył się dzień przed wyjazdem na przerwę świąteczną, skrzaty nie wzięły go do prania i Ray wolał nie oddychać przez nos.
— Norma, kochanie, do kuchni w podskokach! — Donośne polecenie pani domu przedarło się przez szparę pod drzwiami i Rayowi pozostało tylko zrezygnowane upuszczenie stroju na podłogę, a następnie kopnięcie go pod łóżko. Po chwili ciszy jego mama dodała: — Wiem, że nie śpisz!
To tyle, jeśli chodzi o latanie.
— Idę, mamo! — odkrzyknął, w tonie głosu zwierając całe swoje niezadowolenie.
O O O
Potykając się o próg, Ray wpadł do wypełnionej zapachami kuchni. Zaplatał włosy w ciasny warkocz i — wciąż z rękami w falowanych kosmykach oraz gumką w zębach — obrzucił pomieszczenie uważnym spojrzeniem.
Wydawałoby się, że gospodyni, Romilda Griffith, do perfekcji opanowała wykonywanie kilku czynności jednocześnie za pomocą różdżki. Do indyka lewitującego metr nad blatem kuchennym powoli wchodziło nadzienie; w dwóch podrygujących miskach mieszały się różne produkty, a w trzeciej, metalowej, coś bulgotało i na przemian syczało. Na stole, pośrodku przytulnego pomieszczenia, leżała wielka stolnica z wyrobionym ciastem na babeczki, a obok wiele prostych foremek. Nigdzie w pobliżu nie było wałka. Co więcej, ciasto wyglądało na opuszczone, a magia pilnowała jedynie, by nie wyschło. Ktoś mógłby powiedzieć, że nawet te dobre i wprawione gospodynie mają swoje ograniczenia i gdy tylko zwolni się choćby mały kawałek uwagi pani Griffith, zabierze się do pracy z różdżką i ochotą.
Ray nie dał się nabrać. Zwietrzył podstęp.
Nie zrobił ani jednego kroku w przód i ze zmrużonymi oczyma wpatrywał się podejrzliwie to w ciasto, to w krzątającą się mamę. Według niego nie była nieprzewidywalną kobietą i często uczepiała się jednego pomysłu jak gumochłon sałaty. Co oznaczało niebezpieczeństwo i zmarnowany poranek. Romilda Griffith ostatnimi czasy czerpała wyjątkową przyjemność z, jak mawiała, pogłębiania więzi pomiędzy matką a córką. Ilość energii, którą zużywała na przedstawianie Rayowi tradycyjnej roli kobiecej w rodzinie, pokazywała, jak mocna była jej determinacja.
Tyle że Ray nie czuł się kobietą. Dziewczyną również nie.
Romilda zerknęła przez ramię i wygięła wargi w przyjemnym, matczynym uśmiechu, co uwydatniło zmarszczki wokół ust.
— Załóż fartuch, dobrze? — Wskazała umazanym mąką palcem na krzesło obok stołu z ciastem.
— Dobrze, mamuś — wymamrotał i zaprezentował cień uśmiechu. Jego gryfońska odwaga kończyła się tam, gdzie zaczynały życzenia, polecenia i wymysły pani Griffith. Wiele rzeczy mogło budzić w nim sprzeciw, irytację, rozżalenie czy przerażenie, ale nauczył się siedzieć cicho. Tym bardziej że drobne pomoce w kuchni wpisywały się w jego część obowiązków domowych i nie było nad czym dyskutować. Ray tylko nie rozumiał, dlaczego fartuch muszą zdobić kretyńskie różowe kwiaty, a pracę umilać typowo kobiece rozmowy, których nie widział sensu prowadzić.
Miska, uprzednio zawierająca przyjemnie pachnące nadzienie, świeciła pustką, a indyk krążył w powietrzu wokół niej. Romilda szybkim ruchem różdżki ułożyła go na blasze. Odwróciła się, niedbale wytarła dłonie w fartuch i żwawo podeszła do stołu. Ray potruchtał w jej stronę i podciągnął rękawy grubego swetra, by mu nie przeszkadzały. Poprawił fartuch, a potem wziął do ręki małą, metalową foremkę.
Czasem chciałby, by jego lekceważenie i niechęć okazywana wszystkiemu co dziewczęce nie była traktowana jak część bezsensownego młodzieńczego buntu. Wiedział, że długie kręcone włosy, powoli pojawiający się zarys piersi i dość drobna figura w żaden sposób mu nie pomagały.
Ray jednak nigdy się nie łudził, że zdobycie ciała chłopca jest proste.
O O O
Markus Griffith poprawiał nerwowo bordowy krawat, chcąc uczynić węzeł tak idealnym, jak to tylko możliwe. Szarpał połyskujący materiał, przekręcał, naciągał, przeciągał, by ostatecznie dać sobie spokój. Był niemal pewny, że krawat drwi sobie z niego. Markus zamrugał. Tak, krawat właśnie zmarszczył się w okolicach węzła, podwinął delikatnie ostry koniec i po chwili jakby wahania zamerdał. Żona dziś rano wyraźnie zaznaczyła, że ma założyć ten konkretny egzemplarz, ponieważ był drogim prezentem… od teścia.
Mężczyzna pacnął się w czoło i przeklną swoją kiepską pamięć. Skoro dystyngowany, staroświecki pan Vane podarował mu krawat, oczywistym było, że prezent został zakupiony w równie eleganckim butiku na poziomie co sam dobroczyńca. I tak samo magiczny. Markus założyłby się o swój podrasowany i cenny komputer, że materiał powstał z dziwacznej rośliny włóknistej, która w swoim życiu zjadła niejedną bestię. Może nawet czkała jak storczyk smoczoskrzydły żyjący na połowie parapetów w domu. Wciąż jednak nie znał przyczyny.
— Kochanie! Wiesz dlaczego mój krawat się rusza? — zawołał. Mimo że pan Griffith często czytał z ciekawości magiczne podręczniki, poradniki czy gazety, wciąż był tylko mugolem. Jeśli ktoś miał wiedzieć, dlaczego jakaś część garderoby nie chce z nim współpracować, to tylko żona i ewentualnie córka.
Poczłapał w stronę kuchni.
— Fo eft fafo? — Norma, z właściwą sobie dozą uroku, mieliła w wypchanej buzi pozostałe nadzienie z babeczek i równocześnie próbowała złożyć zrozumiałe zdanie. Siedziała przy przybrudzonym stole i dłubała łyżką w prawie opróżnionej misie. Długi warkocz miała zarzucony na plecy, ale nie uchroniło to wszystkich jej włosów przed białą mąką. Nagle Norma przełknęła z wielkim trudem, zakrztusiła się i utkwiła wzrok w okolicach jego szyi. — Tato, kładłeś ten krawat w jakiś dziwnych miejscach czy co? Wylał ci się eksperymentalny eliksir?
Markus podążył za wzrokiem córki. Długi jęzor krawata był wyraźnie bardziej ożywiony niż przed chwilą. Ślizgał się miękko przy kołnierzyku i głaskał rządek guzików.
— Nie — zaczął powoli, z niepokojem śledząc ruchy materiału — od wyjęcia go z szafy leżał cały czas na łóżku.
Romilda Griffith ze zgrzytem zamknęła drzwiczki pieca, gdy wreszcie wszystkie babeczki znalazły się w środku. Siateczka przytrzymująca jej włosy tworzyła absurdalną fryzurę. Kręcone, ciemne loki przypominały małe węże zbite w wielką, chyboczącą się kulę, którą zamknięto w misternie uplecionej klatce. Ledwo nadążając za odwracającą się głową, włosy zatoczyły powolny łuk i z trudem powróciły do poprzedniej pozycji. Romilda przeniosła całą swoją uwagę na męża i zapytała:
— Jesteś pewny, kochanie?
— Całkowicie.
Gospodyni sięgnęła do przedniej kieszeni fartucha i wyciągnęła różdżkę.
Drętwota. — Krawat na sekundę znieruchomiał, a potem opadł smętnie. — Trzeba będzie złożyć reklamację… Ceny w ogóle nie spadają, ale dzisiaj już nikt nie pilnuje, by hodować jedwabnotylnoskrętki starymi metodami — zacmokała z dezaprobatą.
Czyli to jednak nie z rośliny, zasępił się. Dobrze, że się nie zakładał.
— Zaklęcie nie przetrwa całego dnia — stwierdził nagle. Markus potarł skroń, czując, że nadchodzi migrena. — Później znów będzie się ruszał. Romilda pokiwała głową.
— Załóż więc granatowy, dobrze? Ten, którego tak nie lubisz — dodała, patrząc na niego z ukosa.
Granatowy krawat również był prezentem. Tylko od teściowej. Różnicą pomiędzy tym, który oplatał mu szyję, a drugim był fakt, że granatowy nie miał wady fabrycznej, a został zaczarowany. Niecały rok temu zgodnie z poleceniem żony założył nieszczęsny podarunek. Po godzinie spotkania z klientem zupełnie o nim zapomniał. Kiedy wreszcie z przerażeniem zauważył, że na ostatnie parę pytań odpowiedział wierszem, szybko skontaktował się z żoną. Uznali to za kiepski choć w gruncie rzeczy nieszkodliwy żart. Klient z rozbawieniem zawarł z nim umowę i po dziś dzień Markus dostaje od niego nowe zlecenia. Ostatecznie urok został zdjęty, a sprawa zapomniana. Do czasu. Okazało się, że czar poezji był tylko sprytnym kamuflażem. Gdyby pan Griffith choć dzień dłużej ignorował nasilający się ból jąder, zostałby bezpłodny. Markus czasem próbuje żartować, że dzięki temu przynajmniej raz w życiu miał okazję zobaczyć szpital świętego Munga od środka. Wtedy jednak nie było mu do śmiechu. Siedząc w magicznej poczekalni i obserwując inne ofiary zaklęć, jak mantrę powtarzał sobie, że tę starą jędzę, Wenonę Vane, udusi gołymi rękami.
Krawat został oczyszczony ze wszystkich śladów magii tak gruntownie, że czarodziejski materiał prawie utracił swoje właściwości. Markus początkowo upierał się przy rytualnym spaleniu go w kominku, ale pełne zakłopotania przeprosiny i ufundowane dwutygodniowe wczasy w Wenecji udobruchały mężczyznę na tyle, że odpuścił. Pan Griffith nie łudził się, oczywiście, że skrucha była prawdziwa. Wenonie nie drgnęłaby powieka, gdyby jej nie przyłapano.
— Pospiesz się. — Pani domu oparła dłonie na biodrach i spojrzała na Markusa karcąco. — Zanim dojedziesz na lotnisko, będzie druga po południu. Chyba nie chcesz, by czekali?
Markus zamrugał i nieprzytomny wyraz zniknął z jego niebieskich oczu. Sylwetka żony, na którą parzył tępo jeszcze chwilę temu, wyostrzyła się.
— Nie, oczywiście, że nie.
Teściowie przybywali na bożonarodzeniowy obiad dzięki dobrodziejstwu sieci Fiuu. Swoim rodzicom Markus wolał nawet nie proponować podłączenia kominka, ponieważ międzynarodowa opcja — ich dom znajdował się na Florydzie, w Stanach Zjednoczonych — była śmiesznie droga. Po drugie, jako mugole całe życie obywali się bez używania magii (jak i samej świadomości jej istnienia) i zaczarowany kominek najprawdopodobniej grałby im na nerwach samą swoją obecnością. Szczęśliwe życie Donalda i Anny Griffithów w gruncie rzeczy definiowała częstotliwość wzmianek o świecie czarodziejskim. Im mniej, tym lata upływały im spokojniej. Nie znaczyło to, że tylko z okazji ważnych świąt komunikowali się z magiczną częścią rodziny. Od rozpoczęcia nauki w Hogwarcie Norma regularnie pisała względnie krótkie, pozbawione zakazanych słów listy i wysyłała je do domu sową. Markus wkładał notki w kopertę i opatrywał znaczkiem. Później listy lądowały w zwykłej, mugolskiej skrzynce pocztowej. Korespondencja trwała już kilka lat i obie strony zdawały się ją lubić. Markus wraz z żoną używali telefonu do okazjonalnych połączeń.
Tak kręciło się życie. Donald i Anna ignorowali magię, gdy tylko okoliczności były ku temu sprzyjające, zaś dostojna Wenona z mężem Prosperusem przez większą część roku lekceważyli mugolski pierwiastek niszczący piękno czystego drzewa rodowego.
Markus energicznie potargał córce włosy, czym zaskarbił sobie urażone prychnięcie. Uśmiechnął się szeroko i wymaszerował z kuchni, by zmienić krawat. Samolot, którym lecą jego rodzice, za niecałe dwie godziny wyląduje na lotnisku niedaleko Londynu i najlepiej by było, gdyby Markus przybył tam z odpowiednio dużym zapasem czasu.

2 komentarze:

  1. Wiesz, mnie się bardzo podoba i jestem zainteresowana, co będzie dalej, więc dodaj kolejny rozdział jak najszybciej :).
    Pozdrawiam :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie, naprawdę fajnie napisane. Ciekawy pomysł. Będę wyczekiwać z nie cierplwością na kolejne twoje rozdziały. Przy okazji...fajny szablon.


    Życzę weny i pozdrawiam

    Anne Rise Of The Guardians http://rise-of-the-guardians.blogspot.com/

    Zapraszam również serdecznie na tego bloga. http://jaackfroost.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń